Siedzę w domu, słucham Florence i wpieprzam co popadnie. Wszystkie wczorajsze problemy się rozwiązały więc siedzę i cieszę się błogimi chwilami spokoju. Rysuję, łażę po pokoju, przeglądam deviantarta, przeglądam oe, przeglądam peruki na ebayu, biorę się za robienie zadań z matmy (hahaha). A teraz mi wpadło coś takiego. Rety jak mi dobrze ♥
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (0), Dodaj
Pomimo obtłuczonegoo tyłka, odmrożonych wszystkich 20 palców, mega wyschniętej skóry, obolałych ramion i kaszlu-kataru-chrypy to zaliczam ten wtorkowo-środowo-czwartkowo-piątkowo-sobotni wyjazd do jak nabradziej udanych!
Pierwszy raz w życiu jeździłam na desce snowboardowej i po trzech godzinach z instruktorem dowiedziałam się, że tak, mogę wyjść na w miarę płaski stok z deską i zjeżdżając z niego ze skrętami ślizgowo rotacyjnymi nie wywalę się od razu, co więcej mam szansę dojechania w jednym kawałku do wyciągu ! Oznacza to chyba, że potrafię na tej desce jeździć. Przy mrozie -20 stopni nie mogłam sobie pozwolić na więcej niż godzina dziennie na stoku więc dramat nauki miałam rozłozony na mniejsze dawki. W sumie wszystko było dobrze aż do dzisiaj.
Dziś obudzilismy się mega-straszliwie wcześnie bo już po 8. Tym razem jedna z dwóch polskich telewizji, które tam odbieraliśmy, a mianowicie Polonia emitowała Złotopolskich. Niestety nasz rytuał wstawania przy Pytaniu na sniadanie został zerwany przez to, że musieliśmy wczesniej wstać, bo mama umówiła mnie i ją na naukę na jakąś nieludzką godzinę czyli 10. Dziś ostatni dzień więc musieliśmy zanieść wszystkie nasze rzeczy do auta i pożegnać się z panią Gosią oraz naszym Stryczkowem i ruszyć jak codzień na Salmopol (który do końca życia będzie mi się kojażył z monopolem i interpolem). O tej okropnej rannej porze było ... a raczej nie było... prawie nikogo. Wyciąg nawet czasami się zatrzymywał bo nikt nie jeździł.
Dziś po raz pierwszy od naszego przyjazdu nie było słońca i wiało. Rodzice wcisnęli mi na głowę kominiarkę, która idealnie odsłaniała czoło a zsuwała się na oczy. Co mi się od razu nie spodobało : nie było mojej ukochanej deski! Zamiast tego dostałam jakąś brzydką czarną, a w mojej ślicznej kolorowej popylała jakaś inna laska (która szczerze mówiąc więcej leżała na śniegu niż jeździła). Póki instruktor mnie asekurował było dobrze. Potem się zaczęło... Sama miałam zjechać ze stoku i zrobić skręty. Pierwszy skręt- ok, drugi na piętach robiłam i nagle przede mną pojawił się jakiś narciarz bezczelnie stojący na środku stoku i nie mający najmniejszego zamiaru zniknąć. Próbowałam zrobić cokolwiek: wychamować czy coś ale zamiast tego ten narciarz cały czas się do mnie przybliżał... co mogłam innego zrobić? Oczywiście, że zaczęłam jęczeć i krzyczeć z wyciągniętymi przed siębie łapkami. Całe szczęście trafiłam w jego buty tylko i narty i chyba nawet złapałam się jego dzięki czemu trochę wychamowałam krzycząc przepraszam i zjechałam dalej nie wywalając się o dziwo. Fakt, mogłam próbować odbić w bok ale w takich momentach o tym się nie myśli, prawda? Potem znów próbowałam i tym razem słup z wyciągu podejrzanie szybko zbliżał się w moim kierunku... całe szczęście uznałam, że mocniej skręcę i wywaliłam się kilka centymetrów przed słupem. W tym też nie widzę nic śmiesznego a mój instruktor widział i to dużo. Chociaż... z pana narciarza jednak dłużej się śmiał. Ale potem powiedział, ze potrafię już sama jeździć więc chyba jest ok. Może w jakiś następny weekend wybiorę się na deskę tym razem już sama...?
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (2), Dodaj